AAA
Płacz urzędniczki i plątanina w zeznaniach prezesa
Korupcyjny proces na finiszu
Niedziela, 06 stycznia 2013r. (godz. 20:38)

Po blisko miesiącu, sąd wznowił posiedzenia w sprawie dotyczącej korumpowania prezydenta miasta i to forsą przedsiębiorcy z Pawłowa. Podczas rozprawy okazało się jednak, że -co zeznał Szymon Sz. -"wygrywał on przetargi nie dzięki łapówkom, ale dlatego, że był najtańszym dostawcą".. Były prezes ZEC podtrzymał jednak wcześniejsze zeznania o przekazaniu przez przedsiębiorcę 30 tys. zł łapówki... Teraz oceni to sąd.

fot. Sz
Nastepna wiadomosc:
ť Powołali koalicję

Poprzednia wiadomosc:
ť Parking coraz bliżej

Na wyrok w korupcyjnym procesie przyjdzie jeszcze poczekać. Nie sprawdziły się zapowiedzi, że będzie to już ostatnia rozprawa, bo strony zasypały niemalże sąd nowymi wnioskami dowodowymi, a część z nich dopuszczono do sprawy. Ale mogło być gorzej, bo dwa poprzednie terminy w ogóle nie doszły do skutku, z uwagi na nieobecność głównego oskarżonego, spowodowaną, jak tłumaczył mecenas Kazimierz Jesionek, chorobą prezydenta, o czym świadczyło przedłożone przez niego zwolnienie, wydane przez uprawnionego lekarza.


Po dostarczeniu drugiego (na "sprawie mieszkaniowej", gdzie o przekroczenie uprawnień oskarżony jest także wiceprezydent Sylwester Kwiecień - przyp. red.), sąd zdecydował o przekazaniu go do biegłego, aby ten sprawdził czy było one zasadne. I choć ostatecznie dokument nie został zakwestionowany, to stwierdzono, że decyzja o jego wydaniu była pochopna i przedwczesna, o czym informowała w czwartek sędzia prowadząca tę sprawę. Tym razem jednak stawili się wszyscy.

Mogło więc dojść do konfrontacji Szymona Sz. z prezydentem Wojciechem B., o co wnioskowała obrona. Początkowo świadek nie mówił niczego nowego, ale gdy Michał Przybycień, reprezentujący interesy przedsiębiorcy z Pawłowa, odwołał się do zeznań Sz., złożonych w zeszłym miesiącu w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Kielcach, kiedy to konfrontowano go z Marianem S. powiedział więcej.

Wygrywał, bo był najtańszy

Szymon Sz. zeznał, iż przedsiębiorca "wygrywał przetargi, nie dzięki łapówkom, ale dlatego, że był najtańszym dostawcą miału", co zresztą potwierdził w czwartek, pytany o to przez mecenasa. Powiedział też, że miał zaufanie do przedsiębiorcy, który był solidnym dostawcą. Podobnym darzył także komisję, zajmującą się przetargami i główną księgową w spółce. Funkcjonujące procedury dawały natomiast gwarancję maksymalnego bezpieczeństwa interesów firmy w zakresie organizacji przetargów i działalności gospodarczej, co spotkało się ze zdziwieniem, zwłaszcza że chwilę później potwierdził swoje wcześniejsze zeznania o tym, jakoby S. dał 30 tys. zł na łapówkę dla prezydenta.

Sam natomiast miał dzielić się nagrodami, a z pieniędzy ZEC wspomagać gminę. O tym, że darowizny były za duże, miała zwracać mu uwagę ówczesna przewodnicząca Rady Nadzorczej. Od jej męża dowiedział się później, że "prezydent zbiera na niego kwity". Nie potrafił jednak powiedzieć, skąd ten się o tym dowiedział. Twierdził, że włodarz żądał od niego 10 tys. zł już podczas spotkania w restauracji po Walnym Zgromadzeniu Wspólników ZEC, a więc jeszcze na początku 2008 roku. W innym momencie zeznał, że bezpośrednie żądanie nie pojawiło się ani w roku 2008, ani w 2010.

- Prezydent mówił jedynie, że potrzebne jest tyle i tyle, na przykład na wyjazd młodzieży i staraliśmy się z prezesami takiej pomocy udzielać - mówił Sz. Celów, co podkreślał, było dużo: kluby sportowe, konkursy dla dzieci, festyny. Potrzeby, jak przekonywał, sygnalizował im wcześniej prezydent, a "szukaniem" pieniędzy zajmowali się już prezesi, podczas spotkań "salonikowych".

- Czasami pojawiały się sformułowania, że skoro ZEC jest najbogatszy, to powinien dać na nie najwięcej - mówił Sz., twierdząc że o takim "dawaniu" wszyscy wiedzieli. I trochę się "zamotał", bo w jednych ze swoich wcześniejszych zeznań stwierdził, że o płaceniu pieniędzy przez prezesa PWiK dowiedział się po raz pierwszy dopiero przed wyborami, jesienią 2010 roku. Nie potrafił także powiedzieć, od kogo żądał pieniędzy prezydent, bezpośrednio od niego, czy może od jego zastępcy, którym był wówczas późniejszy prezes Norbert G. I takich niekonsekwencji, albo "niuansów", jak mówił o nich sam Sz., obrońcy wytknęli mu więcej.

Własną wersję wydarzeń przytaczali znów oskarżeni, którzy prosili sąd o możliwość złożenia wyjaśnień. Odmówili jednak odpowiedzi na pytania prokuratura.

To była czysta premedytacja

Bardzo emocjonująco o swoim udziale w sprawie mówiła Justyna Z., która podkreślała, że jest niewinna. Do jej zadań w urzędzie należało między innymi przekazywanie prezydentowi adresowanej do niego imiennie korespondencji. Koperty wkładała do teczki, którą dostarczała do rąk własnych, nie otwierając ich wcześniej.

- Nie przypominam sobie, abym dostała jakiekolwiek pieniądze od prezesa Sz. i żebym miała świadomość, że przekazuję je prezydentowi. Jeżeli jakieś pieniądze przekazałam, to było to w kopercie z inną korespondencją i nie miałam świadomości, że w niej są. Jeżeli pan Sz. mówi, że od lat dawał pieniądze prezydentowi, to nie wiem jakim cudem i dlaczego wplątał w to mnie. Chciałabym wreszcie zrozumieć, czemu ten człowiek mnie tak pomówił - zeznawała Justyna Z. i odniosła się też do drugiego zarzutu dotyczącego matactwa.

- Nigdy w życiu nie zmuszałam prezesa Norberta G., aby napisał jakikolwiek oświadczenie pod groźbą utraty pracy. To, w jaki sposób potoczyły się wydarzenia w listopadzie ubiegłego roku, to była czysta premedytacja ze strony G.- mówiła urzędniczka, oceniając jego działanie, jako z góry zaplanowane i wynikające z obawy przed utratą pracy.

- To on nalegał na spotkanie z prezydentem - mówiła o G. - Przysięgał na własną rodzinę, że w niczym mnie nie obciąży, że wszystko wyszło od Sz. i że to on (mowa o Szymonie Sz. - przyp. red.) jest tym najgorszym. To od niego i od dziadka się dowiedziałam, że CBA będzie wnioskować o umorzenie postępowania wobec mnie i mojego dziadka. Zarówno prezydent po spotkaniu z mecenasem z Warszawy, jak i ja po spotkaniu z G., mieliśmy jeszcze nadzieję, że sprawa się wyjaśni i skończy się dobrze. Ja do tej pory nie wierzę, że prezydent brał łapówki - powiedziała Justyna Z.

- Ale się przyznał - wtrąciła sędzia Barbara Nowak - Łon.

- Ja też początkowo w Krakowie w desperacji się przyznałam do wszystkiego, miałam już dość upodlenia - mówiła szlochając. - Pani w prokuraturze nawet tego nie odnotowała. Na drugi dzień skierowano mnie tylko na badania psychiatryczne. Nie mnie oceniać, dlaczego prezydent się przyznał - odpowiedziała urzędniczka. On ma rodzinę....

Nigdy nie groziłem

Wojciech B., który w czwartek również składał wyjaśnienia powiedział, że 10 listopada ub. r., kiedy po raz pierwszy wyszedł z aresztu, przyznał się, bo chciał wrócić do domu. A była to wówczas jedyna taka możliwość.

Wszystkie pieniądze, jak przekonywał, szły na organizację imprez sportowo-kulturalnych w mieście i nigdy nie żądał ich grożąc komukolwiek utratą stanowiska. Odwoływał się przy tym do zeznań szefów spółek, którzy twierdzili, że to Sz. nakłaniał ich, aby wspierali gminę. A potrzeby, co przyznał, były wówczas ogromne.

- Biorąc pod uwagę mnogość imprez, z budżetu nie można było wszystkich ich sfinansować. Przyjmowaliśmy również mnóstwo zagranicznych delegacji, a prezydent Starachowic, chyba jako jedyny w kraju, nie miał swojego funduszu reprezentacyjnego. Dlatego pieniądze przekazywane mi dobrowolnie szły na te cele - wyjaśniał włodarz.

"Datki" miał przekazywać dwóm pracownikom Miejskiego Centrum Rekreacji i Wypoczynku, a oni kupowali nagrody na konkursy i paliwo do skuterów, którymi podczas imprez nad zalewami pływali mieszkańcy miasta. Z kolei 30 tysięcy złotych od przedsiębiorcy miał wziąć na wsparcie jego kampanii, co potwierdził także biznesmen.

- Łapówka? A niby za co? Prezydent nie uczestniczył przecież w żadnych przetargach - mówił dostawca. - Pieniądze dałem dobrowolnie, a to, co mówiła wnuczka, to szczera prawda.

Nowe dowody

Obrońcy oskarżonych złożyli kilka wniosków o dopuszczenie nowych dowodów, które mogą mieć wpływ na ostateczną ocenę sądu. Chcieli na przykład przesłuchania pracowników Miejskiego Centrum Rekreacji i Wypoczynku, którzy od Wojciecha B. mieli brać pieniądze oraz mecenasa z Warszawy, do którego wybrał się po poradę Wojciech B. Bo skoro faktycznie porady takiej udzielił, to działanie zarówno Justyny Z., jak i prezydenta (mowa o spotkaniu 24 listopada w gabinecie prezydenta, podczas którego miało dość do próby matactwa), nie miało znamion czynu zabronionego, o czym mówił na rozprawie mecenas Jerzy Siwonia. Oba wnioski sąd jednak oddalił, powołując się w drugim przypadku na bezwzględną tajemnicę obrończą.

Do akt sprawy włączono natomiast materiały zgromadzone przez Prokuraturę Apelacyjną w Krakowie w sprawie nakłaniania świadka (czytaj Norberta G.) do zmiany zeznań. Chodziło o dwóch pracowników urzędu (kierowcę i kierownik referatu promocji) obecnych podczas spotkania z Norbertem G. w gabinecie prezydenta, po tym jak włodarz wyszedł na wolność. Jednak z uwagi brak wystarczających dowodów wskazujących na to, że faktycznie wpływali na składanie przez niego fałszywych zeznań, sprawę umorzono, a materiały z przesłuchań włączono do akt toczącej się sprawy, o co wnioskowała obrona.

Z uwagi na ich pokaźne rozmiary, obrońcy nie zdążyli się z nimi zapoznać wnioskując o czas na ich przeczytanie. Sąd przychylił się do tego wniosku i wyznaczył termin następnej rozprawy na 24 stycznia godz. 9.30. Mają być wówczas wygłoszone mowy końcowe. W przypadku nieobecności któregokolwiek z oskarżonych, rozprawa będzie kontynuowana pod ich nieobecność.

(An)

DOŁĄCZ DO NAS NA FACEBOOKU

REKLAMA